„Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Moja nie dość, że nigdy nam nie pomagała, to teraz chce pozbawić nas tego, co się nam należy. W ten dom włożyliśmy kupę pieniędzy i czasu. Dla dobra Jeżeli chodzi o przedstawione koncepcje (to trochę tak jak w nawiązaniu do powiedzenia, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu) to wszelkie koncepcje najlepiej wyglądają właśnie na grafikach & wizualizacjach heh a ostatecznie to różnie z tym bywa, racja? Z rodziną to jednak najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Oczywiście, że polecam! Nie wiedziałam, że to książka napisana przez autorkę, która zginęła w powstaniu warszawskim, a jej książki w PRLu były zakazane. Mocne 7,5. Książka bardzo wciąga, świetnie się ją czyta, choć napisana językiem epoki. „Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”. Ale żeby to powiedzenie miało sens, to fotograf musi umieć wykonać te najlepsze zdjęcie. Zatem czym charakteryzuje się fotografia rodzinna i jaka jest jej specyfika? Można śmiało powiedzieć, że jest to mieszanka sesji portretowych oraz reportażowych. Zrzeczenie się opieki nad rodzicem. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – niestety to znane powiedzenie ma odzwierciedlenie w wielu polskich domach i mieszkaniach. Często jest bowiem tak, że np. dzieci kompletnie nie dogadują się ze swoimi rodzicami. Dzisiaj zajmiemy się tematem dotyczącym zrzeczenia się opieki. Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Pewnie każdy, albo prawie każdy uważa, że jego rodzina jest co najmniej dziwna i pokręcona. Te 15 historyjek nie zalatuje nieziemskim hardkorem, ale ja tam był się nieco obawiał młodszego brata Emily . Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu Jest takie powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Czy faktycznie? Jak zawsze, to zależy. Od nas i od tego, jaką mamy rodzinę. Relacje rodzinne to trudny temat. O ile możemy sobie wybrać przyjaciół, pracę czy partnera, to na rodzinę jesteśmy "skazani". Nie mamy wpływu na to, kim był nasz dziadek, jak zachowuje się nasz ojciec i co robi nasz brat. Nie mamy na to wpływu, ale nie możemy też na to pozostać obojętni. Tzn. możemy, ale to trudne. O ile złego kolegę można usunąć ze swojego życia, to z rodziną zawsze będą łączyć nas więzy krwi i geny. Źródło: Jaki ojciec, taki syn. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wykapana mamusia. Często oceniamy innych nie tylko na podstawie ich zachowań, ale również biorąc pod uwagę całą ich historię rodzinną. I jest w tym trochę sensu. Trzeba jednak pamiętać, że ani geny ani wychowanie same w sobie nie przejmują nad nikim kontroli. Każdy z nas jest dorosłym, samodzielnie myślącym człowiekiem, odpowiedzialnym za swoje życie. Zwalanie na geny bądź tłumaczenie dzieciństwem jest niedojrzałe i błędne. Geny czy nawyki to tylko skłonności. Jak wiemy, że mamy skłonności do tycia, to po prostu pilnujemy diety. A nie tłumaczymy swoją nadwagę genami czy tym, że mamusia przekarmiała. Może przekarmiała. W dzieciństwie, ale dorosłemu człowiekowi nikt nie broni przejść na dietę. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, a w interesach to niekoniecznie. No cóż, moim zdaniem zarówno z rodziną, z przyjaciółmi, jak i z obcymi można wyjść nieszczególnie. Albo świetnie. Częściowo to kwestia szczęścia, a poza tym umiejętności, pracowitości, uczciwości. Żadna wielka tajemnica. Są rodzinne biznesy, które doskonale prosperują. Są też sytuacje, kiedy rodzina się skłóciła przez pieniądze i interesy. Osobiście nie jestem zwolenniczką łączenia życia prywatnego z zawodowym. Praca to praca. Rodzina to rodzina. Przyjaciel to przyjaciel, nie współpracownik. Dlaczego? Bo jeżeli coś nie wyjdzie, to tracimy podwójnie. Jeżeli źle dzieje się między nami prywatnie, odbija się to również na naszym wspólnym biznesie. Jeżeli coś nam w interesach nie idzie, będzie się to odbijać na naszym prywatnym życiu rodzinnym. Ja bym tego nie chciała. Bo jak jest dobrze, to jest dobrze, ale jak coś jest nie tak, to się wszystko wali. Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Dużo jest takich historii, że ja pomagałem a kiedy sam poprosiłem to wypięli. No cóż. Bywa. Ale przecież do pomagania nikt nie zmuszał. Ja wychodzę z założenia, że nie ważne czy rodzina jeżeli ktoś nic od siebie nie daje i tylko chce korzystać to trzeba się z takiego układu wypisać. Gdyby to rzeczywiście była taka cudowna, ukochana rodzinka to by nie wykorzystywała, nie przyssawałaby się niczym można być frajerem. Rodzina to taka specyficzna więź, która rodzi pewne pole do nadużyć. Warto być czujnym i nie dać się wykorzystywać. Ludzie, którym na nas zależy nie będą nas wykorzystywać, uwierzcie. I nie chodzi tylko o dalekich krewnych, ale też o tych najbliższych, własne dzieci, rodzeństwo czy rodziców. Różne smutne przypadki zna życie. Czasami dzieci rodzicom potrafią zgotować piekło, a czasami to rodzice dzieciom. Przed przemocą i nadużyciami trzeba się bronić. Uciekać. Odciąć pępowinę, zerwać kontakt. Tutaj chodzi o nasze dobro i nasze życie. Nikt nie ma prawa go niszczyć nawet jeżeli formalnie czy biologicznie jest najbliższą nam osobą. Źródło: Rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Chociaż mówiąc rodzina bardziej mam na myśli swojego psa, niż jakiegoś dalekiego wujka. Rodzina to moi najbliżsi. Mój chłopak (nawet jeżeli w świetle prawa jesteśmy obcymi ludźmi), rodzice, siostra. Nie wujki, ciotki czy kuzyni, których ostatni raz widziałam pięć lat temu. Na zdjęciu. Mówiąc rodzina mam na myśli właśnie tych najbliższych. Ludzi, z którymi rzeczywiście spędzam czas. Z którymi rzeczywiście łączy mnie coś poza więzami krwi i nazwiskiem. Tak naprawdę tzw. dalsza rodzina to dla mnie kompletnie obcy ludzie. Są moją rodziną formalnie, w świetle prawa. Jestem osobą bardzo uczuciową i bliscy ludzie zawsze byli dla mnie bardzo ważni. Mam też dużo szczęścia, bo mam naprawdę świetną rodziną. Cudownych rodziców i wspaniałą siostrę. Oczywiście czasami się kłócimy, czasami nie rozumiemy, czasami ranimy i zawodzimy. Tego nie da się uniknąć. Wiem jednak, że jak przyjdzie co do czego to naprawdę będę mogła na nich liczyć. Co innego na dalszą rodzinę, której nawet bym o pomoc nie poprosiła. Bo numeru telefonu nawet nie mam. To jaka to niby rodzina? Jacy bliscy? Zobacz też: Co zawdzięczam tacie 13 rzeczy, których nauczyła mnie mama Święta to nie jest czas na sprzątanie Czasami, kiedy brakuje pomysłów na dobry temat filmowy, sięga się po sprawdzone metody. I tak, co i róż mamy opowieści o miłości, przyjaźni, tolerancji i rodzinie. "Rodzinka nie z tej Ziemi" w reżyserii Cala Brunkera skupia się na pierwszym i ostatnim aspekcie. Czy mu się udało? Bracia Scorch i Gary Supernova stanowią drużynę ratowniczą. Pierwszy z nich jest uwielbianym przez pobratymców gwiazdorem i bohaterem. Drugi to skromny i niezwykle inteligentny kontroler lotów, lekceważony przez wszystkich. Kiedy Scorch otrzymuje misję ratunkową na otoczonej złą sławą Ziemi, Gary zdecydowanie się temu sprzeciwia, co kończy się kłótnią pomiędzy braćmi i odejściem tego drugiego ze służby. Gdy jednak Scorch znika podczas misji, bez zastanowienia wyruszy mu na ratunek. Czy "Rodzinka" niesie ze sobą jakieś wartości edukacyjne? Nie powiem, że nie. Mamy, więc lekcję zrozumienia, tolerancji i miłości. Problem w tym, że zostaje to podane tak łopatologicznie, że aż zęby bolą. Zabawnie też w zasadzie nie jest. No, bo czy naprawdę może kogokolwiek rozbawić głupota dwóch ziemskich barmanów, czy podanie informacji o Ziemi, jako miejsca zamieszkanego wyłącznie przez idiotów? Mnie nie. Kolejnym minusem jest przewidywalność. Z góry wiadomo, kto jest czarnym charakterem, a twórcy nie chciało się dać nawet szansy widzowi na przemyślenia. Praktycznie wszystko zostaje tu podane na szczerozłotej tacy. Gdyby jeszcze, chociaż postaci kosmitów zostały jakoś postawione w opozycji do bezmyślnych ziemian, mogłoby z tego coś być. Ale niestety. Obcy wypadają tu niewiele lepiej. Niby istoty o bardziej rozwiniętej inteligencji, a tu jedyne, co otrzymujemy to jajogłowych, których intelekt zatrzymał się na wymyśleniu telefonu dotykowego i portali społecznościowych. Zaś ich niewyobrażalna naiwność staje się praktycznie gwoździem do trumny. Jedynym, co ratuje "Rodzinkę" to postaci obu braci. Na co dzień Scorch jest ulubieńcem mas. Przywykł uważać siebie za kogoś wyjątkowego i nie przywiązuje wagi do tego, że z każdej misji wychodzi cało dzięki wsparciu brata. Gary natomiast to niedoceniany geniusz, przez otoczenie uważany za nieudacznika i miernotę. Niejednokrotnie pada pytanie jak udało mu się ożenić z kimś takim jak ładna i sprytna Kira. Nawet jego własny syn, wpatrzony w super wujka, nie docenia go i obwinia za niepowodzenie misji ulubieńca. Film bardzo mocno skupia się na wzajemnych relacjach skłóconych i skrajnie różnych braci, którzy wreszcie znajdą chwilę czasu na to, aby ze sobą szczerze porozmawiać. Ale i tu niestety historia trochę zawodzi, a to z powodu spłycenia i uproszczenia całej sytuacji. "Rodzinka nie z tej Ziemi" jest typowym średniakiem z ładnym i mądrym przesłaniem, które jednak zostało podane trochę za łatwo. Największą wadą całego przedsięwzięcia jest jego spłycenie i uproszczenie. Zaś największą zaletą, że się nie dłuży. Zamysł był ciekawy, ale czy miał szansę się obronić - trudno określić. Obawiam się, że ta rodzinka wygląda najlepiej tylko na zdjęciu. Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($ głosy). Chociaż Brunker na pierwszym planie stawia najmłodszych widzów, nie zaniedbuje dorosłej publiki. Kiedy już wykonuje ukłony w jej kierunku, robi to w najlepszy z możliwych ... więcejzdaniem społeczności pomocna w: 77% Czerwony Kapturek, zdjęcie Meg Loeks.. Kogut domowy uwielbia robić zdjęcia, ale to co robi Meg Loeks to inna bajka i prawdę mówiąc jej zdjęcia są naprawdę bajkowe. Rodzinne zdjęcia i nagrania to jedna z najcenniejszych pamiątek z dzieciństwa, dlatego chyba wszyscy rodzice dokumentują każdą chwilę z życia dziecka. Zebrać pięcioro szkrabów do zdjęcia rodzinnego to już nie lada wyczyn. A zmienić zwykłe zdjęcia rodzinne w prawdziwe dzieła sztuki? Dla Meg Loeks najwyraźniej nie ma rzeczy niemożliwych! Zdjęcie rodzinne Meg Loeks. Rodzina jako „Pogromcy Duchów”, córka jako amerykańska Statua Wolności, zimowe krajobrazy rodem z „Belli i Sebastiana”, „Krainy Lodu” i baśni Andersena, wieczorna kąpiel jako podwodna eskapada– to tylko niektóre z bajecznych zdjęć. Miłość, rodzina czyli kiedy trzeba przystopować?(Otworzy się w nowej zakładce) Dzieci fotografki z Górnego Półwyspu w amerykańskim stanie Michigan z całą pewnością będą cieszyć się wspaniałymi pamiątkami. Meg Loeks nie tylko dokumentowała każdą ze swoich ciąż, ale przez lata uwieczniała na niesamowitych fotografiach rozwój każdej ze swoich pociech. Codzienność – jak pomaganie mamie w kuchni, praca w ogrodzie, zabawa czy odpoczynek – stają się prawdziwą magią. Podobnie jak oczekiwanie na Świętego Mikołaja, przygotowania do Wielkanocy czy wydrążanie dyń na Halloween. A wszystko to w rustykalnej, sentymentalnej otoczce. Kogut domowy od czasu do czasu ustrzeli naprawdę fajną fotkę, ale wiem, że to ciężka praca, szczególnie kiedy robimy zdjęcia dzieci lub zwierząt. To co robi Meg Loeks to prawdziwa bajka. Sprawdźcie sami na jej Instagramie. Uprawianie ogródka ma dobry wpływ na…(Otworzy się w nowej zakładce) Autor: jm •27 sie 2014 6:20 Skomentuj Przykłady takich firm jak Ikea, Porsche, BMW czy z polskiego podwórka – Fakro, Mokate, Solaris, Irena Eris dowodzą, że z rodziną można dobrze wyjść nie tylko na zdjęciu, ale też w biznesie. W Polsce działa ponad milion firm rodzinnych. Ich sukces zależy nie tylko od warunków makroekonomicznych, ale także od szeregu innych czynników. Jak wynika z raportu KPMG w Polsce i Inicjatywy Firm Rodzinnych „Barometr firm rodzinnych”, największe znaczenie ma komunikacja między pokoleniami – na jej istotność wskazało aż 96 proc. polskich respondentów. Podobnie jest w przypadku firm europejskich, 85 proc. uważa komunikację za bardzo ważną lub ważną, co oznacza wzrost o 22 punkty procentowe w porównaniu z poprzednią edycją badania. – W firmach rodzinnych zwykle panują bliższe i mniej formalne stosunki, więc bardzo trzeba dbać o relacje – mówi Andrzej Przybyło, założyciel i właściciel browaru Amber, w którym pracują również jego dzieci – Aleksandra i Piotr. Czytaj też: Ikea, Ford, Tchibo... Dlaczego dzieci i rodzina bez skrupułów potrafią odsuwać założycieli wielkich firm? Interesują Cię biura, biurowce, powierzchnie coworkingowe i biura serwisowane? Zobacz oferty na 94 proc. przedstawicieli polskich firm wskazuje także na istotność utrzymywania równowagi między życiem rodzinnym a ich działalnością biznesową. Bardzo ważne jest również utrzymanie kontroli w firmie przez rodzinę – wskazało na to 89 proc. polskich respondentów i 87 proc. europejskich. Natomiast zupełnie nieważna (dla 42 proc. polskich respondentów i 45 proc. europejskich) okazuje się kwestia przejmowania udziałów członków, którzy nie są zaangażowani w działalność firmy. Czytaj też: Polskie firmy rodzinne na wymarciu? Nie ma sukcesorów 42 proc. w Polsce i 49 proc. firm rodzinnych w Europie rozważa zmiany strategiczne w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Polskie przedsiębiorstwa rodzinne planują przede wszystkim przekazać kolejnemu pokoleniu zarządzanie firmą (50 proc. firm planujących zmiany strategiczne) i mianować na dyrektora generalnego osobę spoza rodziny (41 proc.). Materiał chroniony prawem autorskim - zasady przedruków określa regulamin. PODOBAŁO SIĘ? PODZIEL SIĘ NA FACEBOOKU Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, cz. 2. Wraz z [S]iostrą, poprzez umowę notarialną, z klauzulą, że nikt nie ma prawa do zachowku, otrzymałyśmy od dziadka duży dom. Dom mocno zaniedbany, wymagający generalnego remontu. Z [S] wiele razy rozmawiałyśmy o tym, co zrobimy z domem, ale obie byłyśmy zbyt młode, jak na podjęcie takiej decyzji, więc to odsuwałyśmy w czasie. Wiedziałyśmy, że mieszkać razem nigdy nie będziemy (odsyłam do cz. 1 - W historii występuje mój już wtedy [M]ąż. Pierwszą część historii zakończyłam na etapie wyprowadzki [S] do miasta obok. W mieście mieszkała przez rok, w tym czasie utrzymywałyśmy normalny kontakt (nie było o co się kłócić). Właśnie po roku od jej wyprowadzki nasz brat, mieszkający od 9-ciu lat za granicą, zaproponował jej, aby przyleciała do niego, on jej pracę załatwi i zamieszkają razem. Długo się nie zastanawiała, w ciągu miesiąca znalazła się u niego, biorąc ze sobą koleżankę [K]arolinę (razem mieszkały i pracowały w mieście). Po dwóch tygodniach od wyjazdu poinformowała mnie, że muszę podjąć decyzję, czy sprzedajemy dom, czy ja odkupię od niej połowę. Nie byłam gotowa na podjęcie takiej decyzji na już, o czym ją poinformowałam. Zaczęły się telefony co drugi dzień, raz od [S], a innym razem od naszego brata (który ze sprawą nie miał nic wspólnego). Telefony typu: [S] Kur... nie mam za co żyć, potrzebuję pieniędzy, zaraz wyląduję na ulicy! [J] Jak to możliwe, skoro wzięłaś ze sobą 30 tys. złotych? (oszczędności po dziadku) [S] Kur... ty nic nie rozumiesz, tutaj to są grosze, jeszcze musiałam pożyczyć Karolinie! Wyślij mi pierwszą ratę 20 tys. za dwa dni (aha, to już decyzja podjęta, że kupuję? :) ) [J] Jak dobrze wiesz, ja nie mam nawet złotówki. Pieniądze ma mój [M]ąż i najpierw muszę z nim podjąć decyzję. A poza tym, nawet gdybym pieniądze miała, to bez umowy notarialnej nie wyślę ci nawet 100 zł. [S] Kur… ty mi nie chcesz dać moich pieniędzy! To są moje pieniądze i masz mi je dać! [J] To nie są twoje pieniądze, tylko twoja połowa domu, a to dwie różne rzeczy. [S] Ja pier... ty jesteś nienormalna! Zaraz ma do nas dolecieć chłopak Karoliny, czy ty nie rozumiesz, jaką mam teraz ciężką sytuację?! Po tej rozmowie dzwoni [B]rat. [B] Słuchaj, połowa domu jest [S] i jej się ta kasa należy. [J] A może ty mi wyjaśnisz, jak to jest, że ludzie wyjeżdżają za granicę, żeby zarobić 30 tys., a ona tyle wywiozła i po 2 tygodniach grozi jej ulica? [B] Taa, tylko ci ludzie mieszkają po 30 osób w jednym pokoju, a [S] przecież na starcie musi się urządzić. [J] A nie może zacząć się urządzać, jak już zacznie pracować? Przecież mieszka z tobą. [B] Ale musimy wynająć inny dom, bo się ciasno zrobiło, potrzebujemy 3 tys. EUR na zaliczkę (kwoty dokładnie nie pamiętam). [J] Siedzisz tam od lat, [S] pojechała z pieniędzmi i co, nie macie na zaliczkę? Skoro ją tam ściągnąłeś, to chyba zdawałeś sobie sprawę, co to oznacza? [B] Ale ja nie mam kasy! Jeszcze ma dojechać chłopak Karoliny. [J] A właśnie, kto normalny ściąga do siebie jakiegoś kolesia, kiedy sytuacja jest taaaka krytyczna? Przecież [S] i [K] jeszcze nawet nie zaczęły pracować! [B] No chcą, to ściągają, co nie. Słuchaj, bo [S] już rozmawiała z prawnikiem i jesteś raczej w kiepskiej sytuacji (tutaj zaczęły się groźby). [J] Fajnie, tylko oboje wiecie, że ja nie mam pieniędzy. [B] No to pogadaj z [M], kupujcie i po problemie. Kolejna rozmowa z [S]: [S] Masz podjąć decyzję, kupujesz ten dom, czy go sprzedajemy, ile można się zastanawiać?! [J] Przez ostatnie lata obie się zastanawiałyśmy, a teraz ja mam podjąć decyzję w tydzień?! [S] Rozmawiałam z prawnikiem, i to ty masz w tej sytuacji przeje...ne, a nie ja, hahaha. Tak że do jutra chcę decyzję. Tego typu telefony trwały przez miesiąc. W międzyczasie prowadziłam rozmowy z [M], który domu kupować nie chciał. Nie chciał, bo dom dużo za duży, wymagał włożenia w niego równowartości nowego, małego domku. Kto duży, stary dom ma, ten wie, że to jest skarbonka bez dna. W końcu do [S] dotarło, że pogróżki nic nie dają, postanowiła się pogodzić i ustalić, kiedy dam ostateczną odpowiedź, czy dom kupię, czy sprzedajemy. Termin ustaliłyśmy, miałam dodatkowych 5 miesięcy na podjęcie decyzji, wypadało to na grudzień. Do grudnia kontakt miałyśmy bardzo dobry. W końcu grudzień przyszedł, 3 dni przed świętami [S] pyta o decyzję. W tamtym czasie przechodziłam trudny okres i nie brałam pod uwagę żadnego zakupu domu, więc poinformowałam [S], że dom sprzedajemy. Wywiązał się dialog: [S] No i ok, to wyślij mi zdjęcia pomieszczeń, na pewno wszystko posprzątałaś na święta, hehe, to zdjęcia będą w sam raz, żeby wystawić ogłoszenie w necie. Ja się wszystkim zajmę, tylko zdjęć potrzebuję. [J] No nie, nie posprzątałam. Przypominam, że mieszkam na jednym piętrze, a jest jeszcze parter, poddasze i piwnica. Poza tym, zanim wystawimy dom na sprzedaż, to trzeba trochę ogarnąć - przejrzeć wszystkie rzeczy i wyrzucić, co niepotrzebne. [S] No to ogarnij. [J] Ale tego nie da się zrobić w 3 dni, sama wiesz, ile tu jest rzeczy. A poza tym, dlaczego miałabym sama sprzątać? To ty chcesz zrobić coś z domem, więc skoro chcesz sprzedać, to niestety musisz się tym zająć. [S] No chyba cię poj...ło, że ja przylecę, żeby dom sprzątać! Ludzie w gorszym stanie wystawiają i jakoś sprzedają! Przestań wymyślać i wyślij mi te zdjęcia! [J] Chcesz szybko sprzedać dom tak? Jeśli po dwóch tygodniach ktoś będzie chciał obejrzeć dom, to myślisz, że w ogóle nieprzygotowany do sprzedaży go zachęci? [S] Jak się znajdzie kupiec, to wtedy się posprząta. [J] A nie rozsądniej najpierw posprzątać, a potem szukać kupca? [S] Dobra, widzę, że specjalnie wymyślasz idiotyczne problemy, więc wynajmę firmę sprzątającą, niech wszystko wypier...lą. I tutaj na chwilę przerwę, żeby wyjaśnić. Nigdy nie sprzedawałam domu i moja wiedza na ten temat była mocno ograniczona, ale logicznym wydawało mi się, że dom do sprzedaży najpierw trzeba przygotować, czyli zminimalizować ilość osobistych rzeczy, przynajmniej w pomieszczeniach, z których się nie korzystało. Druga sprawa, zwyczajnie chciałam się zabezpieczyć. Znając [S], gdyby znalazł się kupiec i trzeba by było ogarnąć dom, toby powiedziała, że muszę wszystko zrobić sama, bo ona nie dostanie urlopu przez najbliższe 2 lata, a jak tego nie zrobię, to sama mam od niej kupić. I tak temat ucichł na kolejnych 5 miesięcy. Przyszedł maj, nie utrzymywałyśmy z [S] kontaktu. Minął dokładnie rok, od kiedy [S] wyjechała za granicę i od kiedy zażądała kupienia od niej domu. Moja i [M] sytuacja się poprawiła, podjęliśmy decyzję, że dom kupujemy. Już miałam pisać w tej sprawie do [S], kiedy się okazało, że przylatuje do Polski. Umówiłyśmy się na spotkanie. Pierwsza zaczęła [S]. Otóż skoro nie chcę domu kupić, a ona nie będzie czekać latami, aż ktoś dom kupi, to ona podaje mnie do sądu, niech komornik zajmie się sprzedażą domu. W myślach pogratulowałam pomysłu. Iść po najmniejszej linii oporu, sprzedać dom za grosze, bo ja zła siostra nie chcę odwalić za nią całej brudnej roboty związanej ze sprzedażą domu. Poinformowałam [S], że kupię od niej połowę domu, w 5 ratach. Dwa dni później podpisałyśmy umowę przedwstępną, taką bez notariusza. Umówiłyśmy się, że [S] da mi znać, kiedy będzie kolejny raz w Polsce z miesięcznym wyprzedzeniem, a ja zacznę załatwiać papiery. Przez kolejnych 5 miesięcy kontaktu również nie utrzymywałyśmy - w końcu cel został osiągnięty, już nie byłam jej potrzebna prawie do niczego. I tak w październiku [S] potwierdziła, że przylatuje w listopadzie, a więc rozpoczęłam załatwianie dokumentów. A wraz z nimi wznowił się kontakt z [S], wyłącznie na temat domu, gdzie każda rozmowa kończyła się kłótnią. Nie bardzo to rozumiałam, w końcu wszystko szło po jej myśli, a jednak potrafiła wyrwać słowo/zdanie z kontekstu i rozpocząć nic niewnoszącą kłótnię. Największym problemem okazało się zameldowanie. Ja chciałam, żeby zaraz po podpisaniu aktu notarialnego się wymeldowała, [S] wymeldować się nie chciała. Dodatkowo usłyszałam, że jak ją oszukam, to mnie poda do sądu i w ogóle cała ta sprzedaż domu to jest jak by ją tu oszukać bardziej. U notariusza. Notariusz wiedział o problemie meldunku, zapytał [S], czy meldunek jest jej do czegoś potrzebny, skoro na stałe mieszka za granicą. Odpowiedź [S]: Nie. Powiedziała, że jeśli po notariuszu zawiozę ją do Urzędu Skarbowego, potem do gminy się wymeldować, a potem do jej hotelu, to ona może się wymeldować (między notariuszem a jej hotelem ok. 60 km, miasta po dwóch przeciwnych stronach, pośrodku miejscowość z domem). Jedyne, co mi pozostało, to zapis w akcie, że [S] zobowiązuje się wymeldować przed otrzymaniem ostatniej raty. [N]otariusz zapytał, na jaki adres ma wysłać [S] dokumenty. [S] Na ... (tu podała adres domu, który właśnie sprzedawała). [J] Może podaj swój aktualny adres, ja już od dawna nie odbieram poczty zaadresowanej do ciebie. [S] Ale to jest bez sensu, a jak np. za miesiąc się stamtąd wyprowadzę?! [N] Proszę pani, mimo wszystko, aby otrzymać korespondencję, podaje się adres zamieszkania, nie adres zameldowania. [S] podała adres, ale niepełny, bo po prostu go nie znała. Tak zakończyła się znajomość pomiędzy mną, a rodzoną siostrą i naszym bratem, który stanął murem za [S] i również zerwał ze mną kontakt. I jeszcze tylko taki malutki smaczek. Pierwszą ratę [S] otrzymała w gotówce przy notariuszu, kolejne raty mam wpłacać na konto bankowe wskazane przez [S]. [S] wskazała konto narzeczonej naszego brata. Dom jest mój (i męża) od pół roku, jednak do dzisiaj mam koszmary, że brat z siostrą przyjeżdżają, robią imprezy, niszczą, wynoszą moje rzeczy, żądają własnego pokoju, a ja tylko chodzę i sprzątam po nich gigantyczny syf... Zgadzam się, że [S] miała prawo ode mnie żądać decyzji w sprawie domu, ale można było to zrobić w normalny sposób. Znalezienie kupca na tak wysoki dom mogło trwać latami, dla [S] najlepszą opcją był zakup domu przeze mnie, ale nie miała prawa mnie do tego zmuszać. Z rodziną najlepiej na zdjęciu

z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu